Dopiero co zachwycałam się Córką kości, na temat której rozwodziłam się tutaj. Naprawdę nie trzeba było długo czekać na to, aż dopadnę kolejną część (przy czym podpowiem, że 3 tom ma wyjść już-zaraz, bo jutro, czyli 18 października) i się w nią wgryzę. Zamiast dzikiej radości, że och-ach, jakie to jest wspaniałe, w trakcie jej czytania pojawiła się konsternacja.
A ta bynajmniej nie miała zamiaru zmaleć i zniknąć.
Ujmę to w ten sposób: nie jest to zła książka. Naprawdę. Wręcz nawet bardzo dobra, bo tylko szukałam okazji, żeby móc do niej zerknąć. Ale autorka sięgnęła po wątek, od którego – potocznie mówiąc – opadł mi 👃. I już nie jestem aż tak zachwycona jak w przypadku debiutu Stewart, a szkoda… Niemniej, wyciągnęłam z niej jeden morał: rodzicu, jeśli masz jakieś kluczowe informacje, jeśli chodzi o funkcjonowanie twojego świata – za żadną cholerę nie ukrywaj ich przed potomstwem, bo potem odbije się to wszystkim czkawką.





